"Nie popełnia przestępstwa" - historia o winie której nie było. Część 1.

Opublikowano w 19 marca 2026 21:26

Wyobraź sobie tę scenę. Jest późny wieczór. Policja zatrzymuje mężczyznę, który zachowuje się irracjonalnie – krzyczy, niszczy mienie, nie reaguje na polecenia funkcjonariuszy. Dla osób postronnych obserwujących zajście sprawa może wydać się oczywista: „przestępca”. Dla prawa karnego – dopiero początek najważniejszego pytania: czy można mu przypisać winę?

Bo właśnie tu zaczyna się sens przepisu kodeksu karnego, który w  art. 1 §  3 brzmi: „Nie popełnia przestępstwa sprawca czynu zabronionego, jeżeli nie można mu przypisać winy w czasie czynu.”

1. Prawo karne nie karze „za czyn” – tylko za zawiniony czyn

 

W codziennym myśleniu sprawa wydaje się prosta: ktoś „zrobił coś złego”, więc powinien zostać ukarany. Prawo karne patrzy na to inaczej – dokładniej i ostrożniej.

Samo to, że ktoś naruszył prawo, jeszcze nie wystarcza. Żeby mówić o przestępstwie, trzeba odpowiedzieć na ważniejsze pytanie: czy tej osobie można to naprawdę zarzucić?

Polskie prawo karne wymaga spełnienia dwóch warunków, aby można było uznać dane zachowanie za przestępstwo (zbrodnie lub występek - o różnicach opowiem w kolejnych wpisach)

  • po pierwsze: musi być czyn zabroniony (czyli coś niezgodnego z prawem),

  • po drugie: musi być wina, czyli możliwość powiedzenia: „mogłeś zachować się inaczej, a jednak tego nie zrobiłeś”.

Jeśli ktoś działał np. w stanie, w którym nie rozumiał, co robi, albo nie był w stanie nad sobą panować – wtedy tej winy nie ma. A skoro nie ma winy, to prawo nie traktuje tego jako przestępstwa. Dlatego w uproszczeniu można powiedzieć, że nie wystarczy, że coś się stało - ważne jest, czy ktoś ponosi za to odpowiedzialność.

I właśnie o to chodzi w tej zasadzie: bez winy – nie ma przestępstwa.

 
2. Czym właściwie jest „brak winy”?

 

Tu zaczyna się najtrudniejsza – i jednocześnie najbardziej nieintuicyjna część prawa karnego.

Brak winy wcale nie oznacza, że ktoś nic nie zrobił.  Często wydarzyło się coś bardzo poważnego, czasem wręcz tragicznego. Oznacza to jednak, że z punktu widzenia prawa nie można tej konkretnej osobie postawić zarzutu, że działała jako świadomy, odpowiedzialny człowiek, który mógł wybrać inne zachowanie.

Prawo karne stawia bowiem bardzo wymagające pytanie nie tylko „co się stało?, ale przede wszystkim: „czy ten człowiek mógł wtedy zachować się inaczej?”

Jeśli odpowiedź brzmi: nie – wtedy mówimy o braku winy.  Dlaczego to takie trudne? Bo to nie jest ocena czysto „faktyczna”, tylko głęboko ocenna i często niejednoznaczna. Sąd na podstawie zgromadzonego materiału dowodowego musi wejść w sytuację człowieka:

  • jego stan psychiczny,

  • jego percepcję rzeczywistości,

  • jego zdolność kontroli zachowania,

  • okoliczności, w których się znalazł

i odpowiedzieć na pytanie, którego nie da się zmierzyć linijką: czy można było od niego wymagać innego zachowania? To sprawia, że sprawy dotyczące winy są: skomplikowane, oparte na opiniach biegłych (np. psychiatrów) i rzadko są „czarno-białe”.

Zderzenie prawa z intuicją społeczną w kontekście przypisania winy

 

I tu pojawia się największe napięcie – takie, które nie rozgrywa się tylko na sali sądowej, ale też w głowach i emocjach ludzi. Bo dla opinii publicznej – zwłaszcza gdy sprawa jest głośna, dramatyczna, obecna w mediach – sposób myślenia jest często prosty, wręcz naturalny: „stało się coś złego → ktoś musi za to odpowiedzieć” To nie jest chłodna analiza prawna. To odruch. Potrzeba przywrócenia porządku. Nazwania winnego. Wymierzenia sprawiedliwości. W takich momentach nie myśli się kategoriami „poczytalności” czy „możliwości przypisania winy”. Myśli się kategoriami krzywdy, bólu, straty.

A potem zapada orzeczenie. Sąd – opierając się całym zebranym materialne dowodowym  mówi: tej osobie nie można przypisać winy I wtedy pojawia się zderzenie dwóch światów. Z jednej strony – prawo, które mówi: „nie odpowiada ten, kto nie mógł świadomie i odpowiedzialnie działać”. z drugiej – społeczne poczucie sprawiedliwości, które krzyczy:  „ale przecież ktoś zginął, ktoś ucierpiał, coś strasznego się wydarzyło”. W takich chwilach decyzja sądu bywa odbierana nie jako wyraz prawa, ale jako jego porażka. Pojawiają się emocje: złość, bezradność, poczucie niesprawiedliwości. Czasem nawet przekonanie, że ktoś „uniknął odpowiedzialności. Szczególnie silnie widać to w sprawach medialnych – takich, które poruszają opinię publiczną. Bo im większa tragedia, tym większa potrzeba, by ktoś za nią „odpowiedział”.

Tymczasem prawo karne działa inaczej. Nie szuka odpowiedzialnego za wszelką cenę. Nie „wypełnia pustki” po tragedii karą. Zadaje trudniejsze pytanie: czy można tej konkretnej osobie postawić zarzut winy? I czasem odpowiedź brzmi: nie. To właśnie ten moment jest najtrudniejszy do zaakceptowania. Bo oznacza, że:

  • tragedia pozostaje tragedią,

  • krzywda nie znika,

  • ale nie ma kogo ukarać w sensie prawnym

I to budzi sprzeciw. Ludzki, zrozumiały, głęboki.

Dlatego „brak winy” tak często odbierany jest jako coś niewybaczalnego. Nie dlatego, że ludzie nie rozumieją prawa. Tylko dlatego, że: prawo mówi językiem odpowiedzialności, a ludzie – językiem emocji i poczucia sprawiedliwości A te dwa języki nie zawsze się spotykają.

 
 

W kolejnej części wpisu opowiem Wam o okolicznościach wyłączających winę. Tymczasem pamiętajcie "Nullum crimen sine culpa" - nie ma przestępstwa bez winy.